Spotkanie 7: Znaczenie codzienności

Lectio divina

C.Carretto, Pustynia w mieście. Znaczenie konkretnej rzeczywistości, s. 68-74

Zawsze z wielkim trudem wyobrażamy sobie nasze powiązania z Bogiem. On sam radzi nam, byśmy nie planowali życia. Lepiej będzie, jeżeli przyjmiemy konkretną rzeczywistość jako ośrodek, za pomocą którego Bóg nas powołuje do życia, dotyka i kształtuje. Bóg jest obecny w rzeczach, w wydarzeniach, w historii i objawia się nam przez znaki.

Tak oto brzmi jedna z pieśni, ułożona na kanwie 18 rozdziału Księgi Rodzaju:

W najgorętszej porze dnia Abraham siedział u wejścia namiotu...

Podniósłszy swój wzrok ujrzał trzech mężów, jak się zbliżali do niego...

Gdy tylko ich zobaczył, pokłonił się im do ziemi, mówiąc:

O Panie mój, proszę Cię,

racz nie omijać Twego sługi...

Przyniosę Warn trochę wody,

byście sobie nogi obmyli,

zanim pójdziecie sobie dalej...

Przyniosę Warn trochę chleba,

byście się pokrzepili,

zanim pójdziecie sobie dalej...

Nieprzypadkowo...

nie bez powodu

przechodzicie dziś koło mnie...

Te słowa, które Abraham skierował do trzech mężów, przechodzących blisko dębu w Mamre, w najgorętszej porze dnia, zawsze robiły na mnie wielkie wrażenie.

„Nieprzypadkowo, nie bez powodu przechodzicie dziś koło mnie!"

Tę prawdę możemy wypisać na każdym wydarzeniu naszego życia, wyryć na pierwszej stronie książki opisującej fakt historyczny, wyłuskać z każdego naszego cierpienia czy radości.

Nieprzypadkowo,

nie bez powodu

przechodzicie dziś

koło mnie...

o cierpienia,

o dniu,

o nocy,

o śmierci!

Nie wiem, czy coś podobnego przydarzyło się kiedyś wam, mnie, tak.

Często miałem duże trudności w dostrzeganiu różnych aspektów wydarzeń, spraw, codziennej rzeczywistości, stanowiących komponenty tego ogólnego oddziaływania Boga na mnie i na dzieje ludzkie.

Łatwiej przychodziło mi wyczuwać obecność Boga w czasie jakiegoś nabożeństwa liturgicznego niż podczas czytania dziennika lub odwiedzin przyjaciela.

Każde wydarzenie, jakakolwiek byłaby jego natura, wydaje się bardziej milczące niż zachód słońca lub usiane gwiazdami niebo w nocy.

Zwłaszcza gdy to wydarzenie jest chaotyczne.

A szczególnie, gdy jest ono bolesne.

Tutaj właśnie możemy sprawdzić małość naszej wiary, ubóstwo naszej kontemplacji w gwarze ulicy, a ponadto, co jest jeszcze groźniejsze, rozmiar naszej alienacji religijnej.

Właśnie dlatego jest nam trudno przeżywać „pustynię w mieście", ponieważ uważamy, że miasto leży poza orbitą Boga, że jest jakby chaotyczną aglomeracją, która wymyka się spod Jego władzy i gdzie Jego wola nieuchronnie spotyka się z niegodziwością ludzką lub irracjonalnością elementów natury.

Pomijamy już zupełnie rzeczywistość, w której mamy do czynienia z cierpieniem, złem, śmiercią. Tam woli Bożej nie widzimy.

Tam Bóg nie istnieje.

Można by powiedzieć, że dla nas Bóg istnieje tylko w jasności jutrzenki czy też w pięknie świątecznego nastroju; nie ma Go natomiast w trzęsieniu ziemi albo w chorobie, która prowadzi do szpitala.

Gdy uderza w nas jakieś nagłe i nie przewidziane wydarzenie, czujemy się zaskoczeni, wyśmiani, zapomniani, zranieni.

Konkretna rzeczywistość staje się negatywem, nie ma swojego wyraźnego oblicza, jest dla nas bez znaczenia, nie przemawia do nas w żaden sposób.

Przeciwko niej zwracamy wszystkie nasze siły, jak przeciwko nieprzyjacielowi albo jakiemuś natrętowi, którego musimy się pozbyć jak najprędzej.

Jeżeli zaś ta rzeczywistość konkretna ma trochę szersze wymiary i przekracza możliwość naszej cierpliwości, wtedy uważamy ją za dowód nieistnienia Boga.

Jakże jest możliwe, by istniał Bóg, skoro umierają dzieci?

Jakże można mówić o Jego obecności, jeżeli ludzie są tak okrutni i tyle zła mi wyrządzają?

I są zdolni wypowiadać i prowadzić mordercze wojny!

I oto, jak zawsze, Ewangelia pomaga nam zrozumieć wszystko.

Spróbujmy ją odczytać w świetle wspomnianego doświadczenia Abrahama: „Nieprzypadkowo, nie bez powodu przechodzicie dziś koło mnie!"

Czy za coś przypadkowego należy uważać spis ludności imperium rzymskiego, zarządzony przez Cezara Augusta, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz?

Czy przypadkowo narodził się Jezus w Betlejem?

Czy przez przypadek zostało wybrane Nazaret jako miejsce ukrytego życia Syna Bożego?

Czy bez powodu Jezus spotkał Piotra, Jakuba i Jana?

Czy bez powodu zaprowadził ich na górę Tabor, uciszył burzę, wskrzesił Łazarza?

Czy przypadkowo także został pojmany?

Czy również przypadkowo został ukrzyżowany między dwoma łotrami?

Czy przypadkowo wówczas na Kalwarii ziemia zatrzęsła się, a słońce przestało świecić?

Czy to narodzenie i śmierć Syna Bożego, to włączenie Go w historię ludzką, to kształtowanie Go przez przeciwności, to oplwanie Jego oblicza, to skazanie Go na śmierć — czy to wszystko można uznać za dzieło przypadku?

A idąc dalej: Kazanie na Górze, Błogosławieństwa tam wówczas ogłoszone ludziom — jaki związek mogą mieć z milczeniem Jezusa przed Herodem i Jego zgodą na to, by On, Wszechmocny, stał się Mężem boleści dzięki ludzkiej podłości?

Czyż nie istnieje w Ewangelii to przedziwne powiązanie między historią prześladowanego biedaka a wolą Syna Bożego, by stać się w pełni obrazem Niewinnego Sługi Jahwe?

Czy Jego śmierć nie ma żadnego związku z Jego zmartwychwstaniem, a fakty, jakich dokonał w swoim życiu, i których doświadczył, nie ukształtowały w Nim osobowości Chrystusa?

Czy nie wyczuwacie tej jedności w Ewangelii? Czyż w epizodach nawet najzwyklejszych, w spotkaniach całkiem przypadkowych nie odczytujecie dokładnego i nieubłaganego działania historii, która przygotowuje i dopełnia życie i śmierć Syna Bożego?

Ale ta lekcja staje się jeszcze bardziej wyrazista, gdy zwrócimy uwagę na postawę i zachowanie się Jezusa wobec Tajemnicy Boga, wobec Ojca.

Jezus, podobnie jak i my, nie mógł być z pewnością zadowolony z tego, że sprawy układają się źle, że zwalcza się prawdę, że niewinni cierpią, że zło tryumfuje, że ludzie cierpią głód, że niewolnicy tak okrutnie pracują.

A jednak On, Syn Boży, przejdzie przez historię tak, jak gdyby był zwykłym człowiekiem.

Bieg rzeczy nie ulegnie zmianie. Ludzie dalej umierają, niewinni nadal są prześladowani, głodni dalej cierpią głód.

Jeżeli On wskrzesza jakiegoś zmarłego, jeżeli nakarmi zgłodniałych, czyni to jedynie po to, by ukazać, by dać znak wyraźny, że nadeszły już czasy mesjańskie; że Nowy Mojżesz, Jezus, jest z tymi ludźmi — jednak nie po to, by właśnie zmienić bieg rzeczy i usunąć zupełnie z życia ludzkiego trud pracy i cierpienia śmierci.

Jeśli ktoś chciał uważać Go za cudotwórcę, zdolnego rozwiązać wszystkie problemy życia ludzkiego, za uzdrowiciela potrafiącego opróżnić szpitale — ten, niestety, zawiódł się i rozczarował.

Kto oczekiwał od Niego misji politycznej, która swoją błyskawiczność i zwycięstwo zawdzięczałaby wprowadzeniu cudów w tryby spraw normalnych a z pominięciem praw natury i codziennego trudu — ten się rozczarował i Go opuścił.

Opuścili Go możni tego świata, pragnący posłużyć się religią i Mesjaszem dla umocnienia swojej władzy.

Opuścili Go prześladowani, którzy nie chcieli więcej już być prześladowani i cierpiący, którzy pragnęli się zemścić na swoich oprawcach.

Pozostali z Nim biedni, którzy zgadzali się nadal cierpieć ubóstwo; prześladowani, nie chcąc nikogo prześladować; płaczący, którzy zrozumieli sens płaczu i dostrzegli we łzach tajemnicę Chrystusa i nowość Błogosławieństw przez Niego głoszonych.

Chrystus, Syn Boży, Wszechmocny, nie tylko nie chciał zmieniać dotychczasowego biegu rzeczy, ale nawet nie prosił Ojca, by został on zmieniony.

Mógł przecież prosić Ojca, aby usunął całkowicie śmierć z życia ludzkiego, by wyeliminował głód z ziemi, by zniszczył ludzi stosujących przemoc, by pozwolił zatryumfować sprawiedliwości.

Jednak nie prosił o to!

O ile wiem, prosił tylko o jedno: „Ojcze... niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie" (Mt 6,10).

Jezus przyjmuje rzeczywistość konkretną jako wyraz woli Ojca, codzienne sprawy jako posłanie, którego treść należy odczytać, wydarzenia jako znaki czasów, które zapowiadają królestwo i przygotowują jego nadejście.

Wezwał On człowieka, aby zwrócił swoją uwagę na rzeczy istotne i zastanowił się nad ich przyczyną.

Zwrócił się do człowieka stojącego wobec tajemnicy cierpienia, aby starał się zrozumieć jego obecność i sens.

I gdy to uczynię, okaże się, że głodny jest ofiarą egoizmu bogacza i jego zachłannej chciwości.

Kraje ubogie będą oskarżeniem naocznym godnej potępienia przemocy krajów bogatych, a więzienia przepełnione torturowanymi staną się jawnym potępieniem tych, którzy nadużywają władzy.

Umierający powie mi, że ziemia nie jest moją stalą ojczyzną, a następstwa moich błędów przekonają mnie o słuszności i potrzebie zadośćuczynienia.

Nic nie może przepaść w tej różnorodnej rzeczywistości, w której jest zanurzony i która pomaga mi narodzić się do nowego życia.

Ważne jest to, aby mieć jasne rozeznanie rzeczywistości, gdyż nie zawsze można łatwo odczytać znaczenie wydarzeń i znaków.

Niekiedy możemy wziąć kamień za chleb, a węża za rybę.

Św. Łukasz w swojej Ewangelii podaje bardzo krótką przypowieść, ale jakże głęboką w swojej treści: „Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona?" (Łk 11,11-12).

Zwróćcie uwagę na podobieństwo między kamieniem a chlebem, pomiędzy rybą a wężem, pomiędzy jajkiem a skorpionem.

Wydaje się, że Bóg chce powiedzieć: synu mój, ja jestem twoim Ojcem i nie dam ci kamienia zamiast chleba, węża zamiast ryby, skorpiona zamiast jajka.

Być może, iż coś wyda ci się kamieniem, ale zwróć baczną uwagę: nie jest kamieniem, jest chlebem.

Być może, iż choroba wyda ci się podobna do węża, gdy tymczasem okaże się ona pożywną rybą, która cię wzmocni i uczyni lepszym.

Może jakieś nieszczęście spadło na ciebie niespodziewanie jak skorpion, a tymczasem ono jest tym „jajkiem", które wyświadcza ci tyle dobra.

„Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra" (Rz 8,28), a więc dla tych którzy pokładają w Nim nadzieję, którzy Go kochają. Jeżeli zaś Bóg dopuszcza, „aby cios spotkał twój namiot" (por. Ps 91 [90], 10), to jedynie po to, by przemienić go w łaskę i włączyć go do planu zbawienia.



Medytacja

J 14,4-10

Przeczytaj najpierw C. Carretto

› Przypomnij sobie wczorajszy dzień, godzinę po godzinie.

Czy w tych różnych sytuacjach dostrzegasz obecność Boga obok ciebie? We wczorajszym dniu co zawdzięczasz w szczególny sposób Jemu?

› „Tak długo jestem z wami, a jeszcze mnie nie rozpoznałeś”! - Pomyśl o tych słowach jako konkretnie skierowanych do ciebie.

O jakich szczególnych sytuacjach mówi Jezus do Ciebie? Kiedy jest ci najtrudniej Go rozpoznać?

› Pomyśl o Jezusie, który tak często jest przez Ciebie niezauważany? Jak się wtedy czuje? Rozmawiaj z Nim o tym.

› Pomyśl o sytuacjach, kiedy Jezus chciał się „zatrzymać” u ciebie, a nie miał takiej możliwości, bo...

Niech Jezus „zatrzyma się” w twoim sercu teraz.


Spotkanie w grupach

› Na ile masz poczucie obecności Boga obok ciebie w codziennym życiu? Czy często o Nim myślisz? W jakim stopniu spełniasz codzienne zadania z poczuciem Jego bliskości i opieki?

› Czy twoja praca, obowiązki domowe są dla ciebie miejscem spotkania z Bogiem? Jak to przeżywasz?

› Czy często masz poczucie, że w dzisiejszym dniu Pan jakby „zatrzymał się” u ciebie? Czy raczej masz poczucie Jego nieobecności?

› „Tak długo jestem z wami, a jeszcze mnie nie rozpoznałeś”! – W jakim sensie masz poczucie, że te słowa są skierowane konkretnie do ciebie? Czy często masz poczucie, że jakoś w dniu dzisiejszym „rozminąłeś się” z Panem? Dlaczego tak jest?

› Czy doświadczyłeś w swoim życiu „przypadków”, które okazały się wolą Boga i dzisiaj jesteś za nie wdzięczny Bogu? Podziel się takimi sytuacjami.

Czy wobec takich sytuacji dzisiaj łatwiej jest ci dostrzegać obecność Boga obok ciebie?

› Podziel się refleksami z lektury C.Carretto.