Zawsze
z wielkim trudem wyobrażamy sobie nasze powiązania z Bogiem. On sam
radzi nam, byśmy nie planowali życia. Lepiej będzie, jeżeli przyjmiemy
konkretną rzeczywistość jako ośrodek, za pomocą którego Bóg nas powołuje
do życia, dotyka i kształtuje. Bóg jest obecny w rzeczach, w wydarzeniach,
w historii i objawia się nam przez znaki.
Tak oto
brzmi jedna z pieśni, ułożona na kanwie 18 rozdziału Księgi Rodzaju:
W najgorętszej
porze dnia Abraham siedział u wejścia namiotu...
Podniósłszy
swój wzrok ujrzał trzech mężów, jak się zbliżali do niego...
Gdy tylko
ich zobaczył, pokłonił się im do ziemi, mówiąc:
O Panie
mój, proszę Cię,
racz nie
omijać Twego sługi...
Przyniosę
Warn trochę wody,
byście
sobie nogi obmyli,
zanim
pójdziecie sobie dalej...
Przyniosę
Warn trochę chleba,
byście
się pokrzepili,
zanim
pójdziecie sobie dalej...
Nieprzypadkowo...
nie bez
powodu
przechodzicie
dziś koło mnie...
Te słowa,
które Abraham skierował do trzech mężów, przechodzących blisko dębu
w Mamre, w najgorętszej porze dnia, zawsze robiły na mnie wielkie
wrażenie.
„Nieprzypadkowo,
nie bez powodu przechodzicie dziś koło mnie!"
Tę prawdę
możemy wypisać na każdym wydarzeniu naszego życia, wyryć na pierwszej
stronie książki opisującej fakt historyczny, wyłuskać z każdego naszego
cierpienia czy radości.
Nieprzypadkowo,
nie bez
powodu
przechodzicie
dziś
koło mnie...
o cierpienia,
o dniu,
o nocy,
o śmierci!
Nie wiem,
czy coś podobnego przydarzyło się kiedyś wam, mnie, tak.
Często
miałem duże trudności w dostrzeganiu różnych aspektów wydarzeń, spraw,
codziennej rzeczywistości, stanowiących komponenty tego ogólnego oddziaływania
Boga na mnie i na dzieje ludzkie.
Łatwiej
przychodziło mi wyczuwać obecność Boga w czasie jakiegoś nabożeństwa
liturgicznego niż podczas czytania dziennika lub odwiedzin przyjaciela.
Każde
wydarzenie, jakakolwiek byłaby jego natura, wydaje się bardziej milczące
niż zachód słońca lub usiane gwiazdami niebo w nocy.
Zwłaszcza
gdy to wydarzenie jest chaotyczne.
A szczególnie,
gdy jest ono bolesne.
Tutaj
właśnie możemy sprawdzić małość naszej wiary, ubóstwo naszej kontemplacji
w gwarze ulicy, a ponadto, co jest jeszcze groźniejsze, rozmiar naszej
alienacji religijnej.
Właśnie
dlatego jest nam trudno przeżywać „pustynię w mieście", ponieważ
uważamy, że miasto leży poza orbitą Boga, że jest jakby chaotyczną
aglomeracją, która wymyka się spod Jego władzy i gdzie Jego wola nieuchronnie
spotyka się z niegodziwością ludzką lub irracjonalnością elementów
natury.
Pomijamy
już zupełnie rzeczywistość, w której mamy do czynienia z cierpieniem,
złem, śmiercią. Tam woli Bożej nie widzimy.
Tam Bóg
nie istnieje.
Można
by powiedzieć, że dla nas Bóg istnieje tylko w jasności jutrzenki
czy też w pięknie świątecznego nastroju; nie ma Go natomiast w trzęsieniu
ziemi albo w chorobie, która prowadzi do szpitala.
Gdy uderza
w nas jakieś nagłe i nie przewidziane wydarzenie, czujemy się zaskoczeni,
wyśmiani, zapomniani, zranieni.
Konkretna
rzeczywistość staje się negatywem, nie ma swojego wyraźnego oblicza,
jest dla nas bez znaczenia, nie przemawia do nas w żaden sposób.
Przeciwko
niej zwracamy wszystkie nasze siły, jak przeciwko nieprzyjacielowi
albo jakiemuś natrętowi, którego musimy się pozbyć jak najprędzej.
Jeżeli
zaś ta rzeczywistość konkretna ma trochę szersze wymiary i przekracza
możliwość naszej cierpliwości, wtedy uważamy ją za dowód nieistnienia
Boga.
Jakże
jest możliwe, by istniał Bóg, skoro umierają dzieci?
Jakże
można mówić o Jego obecności, jeżeli ludzie są tak okrutni i tyle
zła mi wyrządzają?
I są zdolni
wypowiadać i prowadzić mordercze wojny!
I oto,
jak zawsze, Ewangelia pomaga nam zrozumieć wszystko.
Spróbujmy
ją odczytać w świetle wspomnianego doświadczenia Abrahama: „Nieprzypadkowo,
nie bez powodu przechodzicie dziś koło mnie!"
Czy za
coś przypadkowego należy uważać spis ludności imperium rzymskiego,
zarządzony przez Cezara Augusta, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz?
Czy przypadkowo
narodził się Jezus w Betlejem?
Czy przez
przypadek zostało wybrane Nazaret jako miejsce ukrytego życia Syna
Bożego?
Czy bez
powodu Jezus spotkał Piotra, Jakuba i Jana?
Czy bez
powodu zaprowadził ich na górę Tabor, uciszył burzę, wskrzesił Łazarza?
Czy przypadkowo
także został pojmany?
Czy również
przypadkowo został ukrzyżowany między dwoma łotrami?
Czy przypadkowo
wówczas na Kalwarii ziemia zatrzęsła się, a słońce przestało świecić?
Czy to
narodzenie i śmierć Syna Bożego, to włączenie Go w historię ludzką,
to kształtowanie Go przez przeciwności, to oplwanie Jego oblicza,
to skazanie Go na śmierć — czy to wszystko można uznać za dzieło przypadku?
A idąc
dalej: Kazanie na Górze, Błogosławieństwa tam wówczas ogłoszone ludziom
— jaki związek mogą mieć z milczeniem Jezusa przed Herodem i Jego
zgodą na to, by On, Wszechmocny, stał się Mężem boleści dzięki ludzkiej
podłości?
Czyż nie
istnieje w Ewangelii to przedziwne powiązanie między historią prześladowanego
biedaka a wolą Syna Bożego, by stać się w pełni obrazem Niewinnego
Sługi Jahwe?
Czy Jego
śmierć nie ma żadnego związku z Jego zmartwychwstaniem, a fakty, jakich
dokonał w swoim życiu, i których doświadczył, nie ukształtowały w
Nim osobowości Chrystusa?
Czy nie
wyczuwacie tej jedności w Ewangelii? Czyż w epizodach nawet najzwyklejszych,
w spotkaniach całkiem przypadkowych nie odczytujecie dokładnego i
nieubłaganego działania historii, która przygotowuje i dopełnia życie
i śmierć Syna Bożego?
Ale ta
lekcja staje się jeszcze bardziej wyrazista, gdy zwrócimy uwagę na
postawę i zachowanie się Jezusa wobec Tajemnicy Boga, wobec Ojca.
Jezus,
podobnie jak i my, nie mógł być z pewnością zadowolony z tego, że
sprawy układają się źle, że zwalcza się prawdę, że niewinni cierpią,
że zło tryumfuje, że ludzie cierpią głód, że niewolnicy tak okrutnie
pracują.
A jednak
On, Syn Boży, przejdzie przez historię tak, jak gdyby był zwykłym
człowiekiem.
Bieg rzeczy
nie ulegnie zmianie. Ludzie dalej umierają, niewinni nadal są prześladowani,
głodni dalej cierpią głód.
Jeżeli
On wskrzesza jakiegoś zmarłego, jeżeli nakarmi zgłodniałych, czyni
to jedynie po to, by ukazać, by dać znak wyraźny, że nadeszły już
czasy mesjańskie; że Nowy Mojżesz, Jezus, jest z tymi ludźmi — jednak
nie po to, by właśnie zmienić bieg rzeczy i usunąć zupełnie z życia
ludzkiego trud pracy i cierpienia śmierci.
Jeśli
ktoś chciał uważać Go za cudotwórcę, zdolnego rozwiązać wszystkie
problemy życia ludzkiego, za uzdrowiciela potrafiącego opróżnić szpitale
— ten, niestety, zawiódł się i rozczarował.
Kto oczekiwał
od Niego misji politycznej, która swoją błyskawiczność i zwycięstwo
zawdzięczałaby wprowadzeniu cudów w tryby spraw normalnych a z pominięciem
praw natury i codziennego trudu — ten się rozczarował i Go opuścił.
Opuścili
Go możni tego świata, pragnący posłużyć się religią i Mesjaszem dla
umocnienia swojej władzy.
Opuścili
Go prześladowani, którzy nie chcieli więcej już być prześladowani
i cierpiący, którzy pragnęli się zemścić na swoich oprawcach.
Pozostali
z Nim biedni, którzy zgadzali się nadal cierpieć ubóstwo; prześladowani,
nie chcąc nikogo prześladować; płaczący, którzy zrozumieli sens płaczu
i dostrzegli we łzach tajemnicę Chrystusa i nowość Błogosławieństw
przez Niego głoszonych.
Chrystus,
Syn Boży, Wszechmocny, nie tylko nie chciał zmieniać dotychczasowego
biegu rzeczy, ale nawet nie prosił Ojca, by został on zmieniony.
Mógł przecież
prosić Ojca, aby usunął całkowicie śmierć z życia ludzkiego, by wyeliminował
głód z ziemi, by zniszczył ludzi stosujących przemoc, by pozwolił
zatryumfować sprawiedliwości.
Jednak
nie prosił o to!
O ile
wiem, prosił tylko o jedno: „Ojcze... niech Twoja wola spełnia się
na ziemi, tak jak i w niebie" (Mt 6,10).
Jezus
przyjmuje rzeczywistość konkretną jako wyraz woli Ojca, codzienne
sprawy jako posłanie, którego treść należy odczytać, wydarzenia jako
znaki czasów, które zapowiadają królestwo i przygotowują jego nadejście.
Wezwał
On człowieka, aby zwrócił swoją uwagę na rzeczy istotne i zastanowił
się nad ich przyczyną.
Zwrócił
się do człowieka stojącego wobec tajemnicy cierpienia, aby starał
się zrozumieć jego obecność i sens.
I gdy
to uczynię, okaże się, że głodny jest ofiarą egoizmu bogacza i jego
zachłannej chciwości.
Kraje
ubogie będą oskarżeniem naocznym godnej potępienia przemocy krajów
bogatych, a więzienia przepełnione torturowanymi staną się jawnym
potępieniem tych, którzy nadużywają władzy.
Umierający
powie mi, że ziemia nie jest moją stalą ojczyzną, a następstwa moich
błędów przekonają mnie o słuszności i potrzebie zadośćuczynienia.
Nic nie
może przepaść w tej różnorodnej rzeczywistości, w której jest zanurzony
i która pomaga mi narodzić się do nowego życia.
Ważne
jest to, aby mieć jasne rozeznanie rzeczywistości, gdyż nie zawsze
można łatwo odczytać znaczenie wydarzeń i znaków.
Niekiedy
możemy wziąć kamień za chleb, a węża za rybę.
Św. Łukasz
w swojej Ewangelii podaje bardzo krótką przypowieść, ale jakże głęboką
w swojej treści: „Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb,
czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub
też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona?" (Łk 11,11-12).
Zwróćcie
uwagę na podobieństwo między kamieniem a chlebem, pomiędzy rybą a
wężem, pomiędzy jajkiem a skorpionem.
Wydaje
się, że Bóg chce powiedzieć: synu mój, ja jestem twoim Ojcem i nie
dam ci kamienia zamiast chleba, węża zamiast ryby, skorpiona zamiast
jajka.
Być może,
iż coś wyda ci się kamieniem, ale zwróć baczną uwagę: nie jest kamieniem,
jest chlebem.
Być może,
iż choroba wyda ci się podobna do węża, gdy tymczasem okaże się ona
pożywną rybą, która cię wzmocni i uczyni lepszym.
Może jakieś
nieszczęście spadło na ciebie niespodziewanie jak skorpion, a tymczasem
ono jest tym „jajkiem", które wyświadcza ci tyle dobra.
„Wiemy
też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla
ich dobra" (Rz 8,28), a więc dla tych którzy pokładają w Nim
nadzieję, którzy Go kochają. Jeżeli zaś Bóg dopuszcza, „aby cios spotkał
twój namiot" (por. Ps 91 [90], 10), to jedynie po to, by przemienić
go w łaskę i włączyć go do planu zbawienia.