I oto
w ten sposób przychodzę z braterską odpowiedzią tym wszystkim, którzy
mnie usilnie prosili, abym im dopomógł w odnajdywaniu i przeżywaniu
w zgiełku miasta ich łączności z Bogiem, intymności z Absolutem, pokoju
i radości serca, obecności Niewidzialnego, Bożej rzeczywistości, Odwiecznego...
Ale powiedzmy to sobie szczerze od razu: nie jest to takie łatwe!
Żyjemy wszyscy w bardzo tragicznym wieku, w którym nawet najsilniejsi
ludzie są kuszeni w wierze. Jest to bowiem epoka bałwochwalstwa, lęków,
udręki; jest to epoka, w której żądza władzy i bogactwo zaciemniły
zupełnie w sercu człowieka ten podstawowy nakaz Dekalogu: „Będziesz
miłował pana Boga swego z całego serca swego..."
Jak przezwyciężyć
i rozchwiać te ciemności, które spowijają współczesnego człowieka?
Jak stawić czoło temu demonowi „godzin południowych", który w
szczególny sposób przypuszcza swój atak na człowieka wierzącego w
pełni sił i dojrzałości jego życia? Nie waham się dać tutaj tej odpowiedzi,
której mocy doświadczyłem na własnej skórze w trudnym okresie mojego
życia: pustynia... pustynia... pustynia! (...)
Bo jeśli
człowiek nie ma rzeczywiście możliwości udać się na pustynię, to pustynia
może przyjść do niego. Oto właśnie dlaczego mówię o konieczności „zrobienia
pustyni w mieście". Zrób sobie małą „pustynię" we własnym
domu, w swoim ogrodzie, na poddaszu. Nie odrywaj pojęcia „pustynia"
od miejsc nawiedzanych i uczęszczanych przez ludzi, spróbuj pomyśleć,
a nade wszystko żyć treścią tego naprawdę wspaniałego określenia:
„pustynia w samym sercu miasta"!
Ojciec
de Foucauld, uważany za jednego z najbardziej oryginalnych i niezmordowanych
poszukiwaczy nowoczesnej duchowości, założył swoją pustelnię w Beni-Abbes,
a więc w takim miejscu, które mu pozwalało równocześnie przebywać
z łatwością w kontakcie z Bogiem i z ludźmi. Wprawdzie powziął zamiar
otoczenia tej pustelni murem lecz kiedy wzniósł go już do wysokości
pól metra, przerwał dalszą pracę, aby mieszkańcy oazy mieli łatwiejszy
dostęp do niego. Mur pozostał... ale tylko jako „znak" mniszego
odosobnienia. Natomiast głębiej zapadła w jego życie sama idea pustym.
Tak, my
również musimy stworzyć sobie „pustynię" w samym centrum miejsc
zamieszkanych przez ludzi. Jest to bardzo konkretny sposób przyjścia
z pomocą współczesnemu człowiekowi. I jest to zagadnienie jak najbardziej
aktualne. Mówi się o nim dzisiaj coraz częściej i powszechniej. Wyczuwa
się je wprost!
Jeden
z moich przyjaciół, Pierre Delfieux, który przebywał razem ze mną
dwa lata na Saharze, wprowadził w Paryżu formę życia zakonnego, opartego
właśnie na usiłowaniu przeżywania w wielkim mieście ideału monastycznego
poprzez pracę, modlitwę, milczenie, liturgię, świadczenie miłości.
Nie będę fałszywym prorokiem, jeśli stwierdzę, że w najbliższych dziesiątkach
lat prawie każde wielkie miasto ujrzy cudowne powstawanie tego rodzaju
form „życia", stanie się świadkiem działalności licznych zastępów
kobiet i mężczyzn, którzy potrafią współczesne „wieże Babel"
przemieniać w Jerozolimę, a „niewolę babilońską" ożywiać modlitwą.
(...)
Uczynić
pustynię w miejscach kipiących życiem i pracą! Uczynić z kolejowego
wagonu miejsce medytacji modlitewnej i z gwarnych ulic mojego miasta
zaciszne korytarze mojego idealnego klasztoru!
Chciałbym
powiedzieć ci jeszcze coś więcej, co jest szczególnie ważne dla ciebie
i dla wszystkich, którzy są bardzo zajęci i twierdzą, że nie mają
czasu na modlitwę.
Uznaj
tę rzeczywistość, w jakiej żyjesz — a więc twoje zaangażowanie, pracę,
powiązania z ludźmi, spotkania, drogę do pracy, zakupy, czytanie dziennika,
rozmowy z dziećmi i wysłuchiwanie ich głosów — za coś, od czego nie
możesz się w żaden sposób uwolnić, ale o czym musisz codziennie myśleć.
Powiem coś więcej: przez to wszystko przemawia do ciebie właśnie Bóg
i pragnie cię doprowadzić do siebie. To nie przez ucieczkę od życia
potrafisz łatwiej znaleźć Boga, ale gdy zmienisz twoje serce, bo wtedy
zaczniesz inaczej patrzeć na to wszystko.
Pustynię
w mieście możesz sobie stworzyć tylko pod tym warunkiem: musisz zacząć
patrzeć na to wszystko nowymi oczyma, przeniknąć nowym duchem, ukochać
nowym sercem. Teilhard de Chardin powiedziałby: musisz objąć to wszystko
czystym sercem. I wówczas wcale nie trzeba uciekać, przeżywać alienacji,
szamotać się między marzeniem a rzeczywistością, rozszczepiać się
między myślą a czynem, najpierw się modlić, a potem spalać się w zewnętrznej
działalności, miotać się między postawą Marty i Marii, żyć ustawicznie
w chaosie, mieć serce przepołowione, zdradzać ciągle swoją rozterkę.
Tak, sama
rzeczywistość nas kształtuje, i to jeszcze jak! Rzeczywistość bowiem
jest tym pomostem, przez który Bóg przychodzi do mnie. W rzeczywistości
codziennego życia o wiele konkretniej odnajduję Boga niż w pięknych
rozważaniach, które mogę snuć o Nim. Zwłaszcza jeśli ta rzeczywistość
jest bardzo bolesna, kiedy moja wola jest wystawiona na ciężką próbę
i kiedy wyraźniej poznaję moje duchowe ubóstwo.
Zechciej
posłuchać tego, co mi się przydarzyło w życiu...
Kiedy
udałem się na pustynię, naprawdę pozostawiłem wszystko, jak tego żąda
Jezus: pracę, rodzinę, pieniądze, dom... Pozostawiłem wszystko, z
wyjątkiem... moich idei, jakie miałem o Bogu i które miałem także
dobrze zebrane w pewnej dosyć grubej książce teologicznej, wziętej
na pustynię. I tam na pustynnym piasku zacząłem ją dalej czytać, zgłębiać
ponownie, tak jakby Bóg był zawarty w jakiejś idei, a ja, mając tak
wzniosłe i piękne idee o Nim, mógłbym w ten sposób wejść w bardzo
zażyły kontakt z Nim. A mój mistrz nowicjatu wciąż mi powtarzał: „Bracie
Karolu, zostaw te książki. Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem
w całym swoim ubóstwie i ogołoceniu. Porzuć wszystko, daj sobie spokój
z intelektualnymi dociekaniami, a staraj się tylko kochać... zagłębiać
się w kontemplacji..." Ale ja nic nie rozumiałem z tego, co on
chciał mi powiedzieć. Dalej obstawałem uporczywie przy moich ideach.
By dać mi to zrozumieć, by dopomóc mi w tym wyzuciu się z wszystkiego,
kazał mi pracować fizycznie. Co za nieszczęście! Pracować w oazie,
przy tym piekielnym upale, nie jest rzeczą łatwą!
Czułem
się zupełnie zdruzgotany. Gdy wracałem do klasztoru, już nic mi się
nie chciało. Rzucałem się tylko na matę w kaplicy przed Najświętszym
Sakramentem, mając zupełnie rozbity kręgosłup i obolałą głowę. Moje
idee ulatniały się jak wymykające się ptaki z otwartej klatki. Nie
wiedziałem nawet, jak zacząć się modlić. Byłem zupełnie jałowy, wypruty,
wyzuty ze wszystkiego: z moich ust wydobywały się tylko jakieś pojękiwania.
Jedyną rzeczą pozytywną, której wówczas doświadczałem i którą zacząłem
pojmować, była moja solidarność ze wszystkimi ubogimi, z prawdziwie
ubogimi. Czułem wówczas głęboką więź z tymi wszystkimi, którzy stali
przy taśmie montażowej lub upadali pod ciężarem jarzma codziennego
trudu. Myślałem o modlitwie mojej matki, obarczonej pięciorgiem małych
dzieci, i o tych wieśniakach, którzy w porze letniej zmuszeni byli
pracować dwanaście godzin na dobę.
Gdyby
do modlitwy trzeba było trochę odpoczynku, to ci przepracowani ludzie
nie potrafiliby się nigdy modlić. Także moja modlitwa, ta modlitwa,
którą z takim nadmiarem uprawiałem dotychczas, była modlitwą ludzi
bogatych, ludzi wygodnych i wypoczętych, dobrze odżywionych, którzy
są panami własnego czasu, którzy mogą układać sobie dowolny program
zajęć. I wówczas, gdy już nie byłem zdolny nic pojąć, zacząłem właśnie
odkrywać i rozumieć najbardziej prawdziwie.
Płakałem!
Łzy spływały po moim nędznym habicie, który okrywał także moje zmęczenie
człowieka ubogiego. I właśnie w takim stanie autentycznego ubóstwa
miałem dokonać najważniejszego odkrycia w życiu mojej modlitwy.
Chcecie
poznać to odkrycie?
Oto ono:
modlitwa rodzi się w sercu, nie w intelekcie!
Miałem
takie wrażenie, jakby otworzyła się jakaś żyła w moim sercu i po raz
pierwszy w życiu „doświadczyłem" nowego wymiaru zjednoczenia
z Bogiem. Co za przedziwna przygoda stała przede mną! Nie zapomnę
nigdy tej chwili. Czułem się jak owoc oliwki zmiażdżony w tłoczni.
Ale po tym „zmiażdżeniu" jakaś przedziwna i niezapomniana słodycz
wypełniała całą rzeczywistość, w jakiej żyłem. Nastąpił całkowity
spokój i ukojenie. Cierpienie przyjęte z miłością stało się dla mnie
jakby bramą, która wprowadzała mnie w zupełnie nowy świat rzeczywistości.
Odkryłem w zupełnie innym świetle stałość Boga.
Do tego
momentu zawsze powracałem myślą w przekonaniu, że była to modlitwa
kontemplacyjna.
Jest ona
darem, jaki Bóg czyni z siebie dla tych, którzy oddają Mu swoje życie
w ofierze, jak mówi Ewangelia: „...kto straci swe życie z mego powodu,
znajdzie je" (Mt 10,39).
A więc
odwagi! (...)