Spotkanie 4: Pustynia w mieście

Lectio divina

Carlo Carretto. Pustynia w mieście. 15-23

I oto w ten sposób przychodzę z braterską odpowiedzią tym wszystkim, którzy mnie usilnie prosili, abym im dopomógł w odnajdywaniu i przeżywaniu w zgiełku miasta ich łączności z Bogiem, intymności z Absolutem, pokoju i radości serca, obecności Niewidzialnego, Bożej rzeczywistości, Odwiecznego... Ale powiedzmy to sobie szczerze od razu: nie jest to takie łatwe! Żyjemy wszyscy w bardzo tragicznym wieku, w którym nawet najsilniejsi ludzie są kuszeni w wierze. Jest to bowiem epoka bałwochwalstwa, lęków, udręki; jest to epoka, w której żądza władzy i bogactwo zaciemniły zupełnie w sercu człowieka ten podstawowy nakaz Dekalogu: „Będziesz miłował pana Boga swego z całego serca swego..."

Jak przezwyciężyć i rozchwiać te ciemności, które spowijają współczesnego człowieka? Jak stawić czoło temu demonowi „godzin południowych", który w szczególny sposób przypuszcza swój atak na człowieka wierzącego w pełni sił i dojrzałości jego życia? Nie waham się dać tutaj tej odpowiedzi, której mocy doświadczyłem na własnej skórze w trudnym okresie mojego życia: pustynia... pustynia... pustynia! (...)

Bo jeśli człowiek nie ma rzeczywiście możliwości udać się na pustynię, to pustynia może przyjść do niego. Oto właśnie dlaczego mówię o konieczności „zrobienia pustyni w mieście". Zrób sobie małą „pustynię" we własnym domu, w swoim ogrodzie, na poddaszu. Nie odrywaj pojęcia „pustynia" od miejsc nawiedzanych i uczęszczanych przez ludzi, spróbuj pomyśleć, a nade wszystko żyć treścią tego naprawdę wspaniałego określenia: „pustynia w samym sercu miasta"!

Ojciec de Foucauld, uważany za jednego z najbardziej oryginalnych i niezmordowanych poszukiwaczy nowoczesnej duchowości, założył swoją pustelnię w Beni-Abbes, a więc w takim miejscu, które mu pozwalało równocześnie przebywać z łatwością w kontakcie z Bogiem i z ludźmi. Wprawdzie powziął zamiar otoczenia tej pustelni murem lecz kiedy wzniósł go już do wysokości pól metra, przerwał dalszą pracę, aby mieszkańcy oazy mieli łatwiejszy dostęp do niego. Mur pozostał... ale tylko jako „znak" mniszego odosobnienia. Natomiast głębiej zapadła w jego życie sama idea pustym.

Tak, my również musimy stworzyć sobie „pustynię" w samym centrum miejsc zamieszkanych przez ludzi. Jest to bardzo konkretny sposób przyjścia z pomocą współczesnemu człowiekowi. I jest to zagadnienie jak najbardziej aktualne. Mówi się o nim dzisiaj coraz częściej i powszechniej. Wyczuwa się je wprost!

Jeden z moich przyjaciół, Pierre Delfieux, który przebywał razem ze mną dwa lata na Saharze, wprowadził w Paryżu formę życia zakonnego, opartego właśnie na usiłowaniu przeżywania w wielkim mieście ideału monastycznego poprzez pracę, modlitwę, milczenie, liturgię, świadczenie miłości. Nie będę fałszywym prorokiem, jeśli stwierdzę, że w najbliższych dziesiątkach lat prawie każde wielkie miasto ujrzy cudowne powstawanie tego rodzaju form „życia", stanie się świadkiem działalności licznych zastępów kobiet i mężczyzn, którzy potrafią współczesne „wieże Babel" przemieniać w Jerozolimę, a „niewolę babilońską" ożywiać modlitwą. (...)

Uczynić pustynię w miejscach kipiących życiem i pracą! Uczynić z kolejowego wagonu miejsce medytacji modlitewnej i z gwarnych ulic mojego miasta zaciszne korytarze mojego idealnego klasztoru!

Chciałbym powiedzieć ci jeszcze coś więcej, co jest szczególnie ważne dla ciebie i dla wszystkich, którzy są bardzo zajęci i twierdzą, że nie mają czasu na modlitwę.

Uznaj tę rzeczywistość, w jakiej żyjesz — a więc twoje zaangażowanie, pracę, powiązania z ludźmi, spotkania, drogę do pracy, zakupy, czytanie dziennika, rozmowy z dziećmi i wysłuchiwanie ich głosów — za coś, od czego nie możesz się w żaden sposób uwolnić, ale o czym musisz codziennie myśleć. Powiem coś więcej: przez to wszystko przemawia do ciebie właśnie Bóg i pragnie cię doprowadzić do siebie. To nie przez ucieczkę od życia potrafisz łatwiej znaleźć Boga, ale gdy zmienisz twoje serce, bo wtedy zaczniesz inaczej patrzeć na to wszystko.

Pustynię w mieście możesz sobie stworzyć tylko pod tym warunkiem: musisz zacząć patrzeć na to wszystko nowymi oczyma, przeniknąć nowym duchem, ukochać nowym sercem. Teilhard de Chardin powiedziałby: musisz objąć to wszystko czystym sercem. I wówczas wcale nie trzeba uciekać, przeżywać alienacji, szamotać się między marzeniem a rzeczywistością, rozszczepiać się między myślą a czynem, najpierw się modlić, a potem spalać się w zewnętrznej działalności, miotać się między postawą Marty i Marii, żyć ustawicznie w chaosie, mieć serce przepołowione, zdradzać ciągle swoją rozterkę.

Tak, sama rzeczywistość nas kształtuje, i to jeszcze jak! Rzeczywistość bowiem jest tym pomostem, przez który Bóg przychodzi do mnie. W rzeczywistości codziennego życia o wiele konkretniej odnajduję Boga niż w pięknych rozważaniach, które mogę snuć o Nim. Zwłaszcza jeśli ta rzeczywistość jest bardzo bolesna, kiedy moja wola jest wystawiona na ciężką próbę i kiedy wyraźniej poznaję moje duchowe ubóstwo.

Zechciej posłuchać tego, co mi się przydarzyło w życiu...

Kiedy udałem się na pustynię, naprawdę pozostawiłem wszystko, jak tego żąda Jezus: pracę, rodzinę, pieniądze, dom... Pozostawiłem wszystko, z wyjątkiem... moich idei, jakie miałem o Bogu i które miałem także dobrze zebrane w pewnej dosyć grubej książce teologicznej, wziętej na pustynię. I tam na pustynnym piasku zacząłem ją dalej czytać, zgłębiać ponownie, tak jakby Bóg był zawarty w jakiejś idei, a ja, mając tak wzniosłe i piękne idee o Nim, mógłbym w ten sposób wejść w bardzo zażyły kontakt z Nim. A mój mistrz nowicjatu wciąż mi powtarzał: „Bracie Karolu, zostaw te książki. Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem w całym swoim ubóstwie i ogołoceniu. Porzuć wszystko, daj sobie spokój z intelektualnymi dociekaniami, a staraj się tylko kochać... zagłębiać się w kontemplacji..." Ale ja nic nie rozumiałem z tego, co on chciał mi powiedzieć. Dalej obstawałem uporczywie przy moich ideach. By dać mi to zrozumieć, by dopomóc mi w tym wyzuciu się z wszystkiego, kazał mi pracować fizycznie. Co za nieszczęście! Pracować w oazie, przy tym piekielnym upale, nie jest rzeczą łatwą!

Czułem się zupełnie zdruzgotany. Gdy wracałem do klasztoru, już nic mi się nie chciało. Rzucałem się tylko na matę w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem, mając zupełnie rozbity kręgosłup i obolałą głowę. Moje idee ulatniały się jak wymykające się ptaki z otwartej klatki. Nie wiedziałem nawet, jak zacząć się modlić. Byłem zupełnie jałowy, wypruty, wyzuty ze wszystkiego: z moich ust wydobywały się tylko jakieś pojękiwania. Jedyną rzeczą pozytywną, której wówczas doświadczałem i którą zacząłem pojmować, była moja solidarność ze wszystkimi ubogimi, z prawdziwie ubogimi. Czułem wówczas głęboką więź z tymi wszystkimi, którzy stali przy taśmie montażowej lub upadali pod ciężarem jarzma codziennego trudu. Myślałem o modlitwie mojej matki, obarczonej pięciorgiem małych dzieci, i o tych wieśniakach, którzy w porze letniej zmuszeni byli pracować dwanaście godzin na dobę.

Gdyby do modlitwy trzeba było trochę odpoczynku, to ci przepracowani ludzie nie potrafiliby się nigdy modlić. Także moja modlitwa, ta modlitwa, którą z takim nadmiarem uprawiałem dotychczas, była modlitwą ludzi bogatych, ludzi wygodnych i wypoczętych, dobrze odżywionych, którzy są panami własnego czasu, którzy mogą układać sobie dowolny program zajęć. I wówczas, gdy już nie byłem zdolny nic pojąć, zacząłem właśnie odkrywać i rozumieć najbardziej prawdziwie.

Płakałem! Łzy spływały po moim nędznym habicie, który okrywał także moje zmęczenie człowieka ubogiego. I właśnie w takim stanie autentycznego ubóstwa miałem dokonać najważniejszego odkrycia w życiu mojej modlitwy.

Chcecie poznać to odkrycie?

Oto ono: modlitwa rodzi się w sercu, nie w intelekcie!

Miałem takie wrażenie, jakby otworzyła się jakaś żyła w moim sercu i po raz pierwszy w życiu „doświadczyłem" nowego wymiaru zjednoczenia z Bogiem. Co za przedziwna przygoda stała przede mną! Nie zapomnę nigdy tej chwili. Czułem się jak owoc oliwki zmiażdżony w tłoczni. Ale po tym „zmiażdżeniu" jakaś przedziwna i niezapomniana słodycz wypełniała całą rzeczywistość, w jakiej żyłem. Nastąpił całkowity spokój i ukojenie. Cierpienie przyjęte z miłością stało się dla mnie jakby bramą, która wprowadzała mnie w zupełnie nowy świat rzeczywistości. Odkryłem w zupełnie innym świetle stałość Boga.

Do tego momentu zawsze powracałem myślą w przekonaniu, że była to modlitwa kontemplacyjna.

Jest ona darem, jaki Bóg czyni z siebie dla tych, którzy oddają Mu swoje życie w ofierze, jak mówi Ewangelia: „...kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je" (Mt 10,39).

A więc odwagi! (...)

Medytacja

Mk 6,30-34

Przeczytaj najpierw C.Carretto.

› Wyobraź sobie zmęczenie apostołów. Może walkę z sennością. Tłumy, które się cisnęły. Jak mogli się wtedy czuć?

› Jak mogli się czuć, kiedy po zbyt krótkim odpoczynku tłumy ludzi znowu zaczęły napływać? Co mogło się rodzić w ich myślach? Jak mogła wyglądać ich modlitwa?

› Przypomnij sobie sytuacje w których byłeś bardzo zmęczony (przemęczony, wykończony). Co wtedy czułeś, myślałeś? Jak wyglądała twoja modlitwa?

› Spróbuj ogarnąć myślą takie momenty w których byłeś bardzo zmęczony, zapracowany, a mimo tego głęboko doświadczyłeś Boga.

› Powierz Bogu swoją pracę, zmęczenie... Zaproś Go...

Spotkanie w grupach

› Jak często czujesz się przemęczony? Jak wygląda wtedy twoja modlitwa, twoja relacja z Bogiem?

› Czy twoje zmęczenie oddala cię od Boga? Co przeżywasz, gdy ono się przedłuża i nadmiar obowiązków go potęguje? Co wtedy robisz, by pogłębić swoją relację z Bogiem?

› Na ile udaje ci się włączać w codzienne życie Boga? (Tak jak pisze C.Carretto). Czy próbujesz modlić się swoją pracą? Jak?

› Czy doświadczyłeś takiego momentu, gdy w największym przepracowaniu i zmęczeniu doświadczyłeś Boga? Podziel się tym.

› C.Carretto pisze, że szukamy komfortowych warunków dla swojej modlitwy - i często się nie modlimy, bo ich nie znajdujemy - zamiast szukać Boga w swoim sercu i pragnąć Go coraz więcej. Czy jest to twój problem? Jak tego doświadczasz? Czy udaje ci się odnajdywać Boga w każdej sytuacji?

› Co byś poradził Jezusowi, gdybyś jak apostołowie z powyższego fragmentu Ewangelii, zobaczył nadciągające tłumy? Jak byś się zachował?

› Może przeżyłeś w życiu podobne sytuacje? Czy odnajdujesz w nich wolę Bożą? Czego Bóg nauczył cię przez nie?

› Podziel się refleksją z lektury powyższego fragmentu C.Carretto.