(...)
I rzekł Bóg do Abrahama:
,,Weź
twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria
i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę"
(Rdz 22,2).
Tak oto
nadchodzi godzina próby. Niebo staje się ciemne, a wiara obnażona
jak ostrze, które tnie nasze ciało.
I wtedy
powstaje pytanie: ..Czyż to możliwe, aby Bóg żądał podobnego poświęcenia?
Czy cała wiara nie jest jednym oszustwem? Psychologicznym złudzeniem?
Dlaczego dzieci umierają z głodu, niewinni giną zabijani, a zło triumfuje?
Dlaczego trzęsienie ziemi zmienia w pył domy ubogich, zaś susza pozbawia
ich i tak niewielkiej garstki ryżu?" Oto godzina próby, oto godzina
zwątpienia!
Lecz niebo
pozostaje zamknięte na ten nasz niepokój, nasze pytania pozostają
bez odpowiedzi. Dlaczego, Panie? Dlaczego, Ojcze? Dlaczego, Boże?
Ale ten
Bóg, którego przywołujemy, odpowiada na pewne wyzwanie, wyzwanie,
którego my, nawet bez naszej wiedzy i woli, jesteśmy stawką.
Rzekł
Szatan do Pana: ..Czyż za darmo Hiob czci Boga? Czyż Ty nie ogrodziłeś
zewsząd jego samego, jego domu i całej majętności? Pracy jego rąk
pobłogosławiłeś, jego dobytek na ziemi się mnoży. Wyciągnij, proszę,
rękę i dotknij jego majątku! Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył"
(Hi 1,9-11).
Szatan
rzuca wyzwanie, i oto Bóg jest jakby w pułapce.
„Może
to prawda, że Hiob miłuje mnie i we mnie wierzy, bo okryłem go dobrodziejstwami
i sprawiam, że żyje w rozkoszach".
I oto
Bóg wydaje Hioba na pastwę przeciwności losu i pozbawia go dóbr jego.
Wyzwanie zostaje przyjęte... Hiob traci swoje stada, swoich synów,
swoje ziemie.
Jak Hiob
reaguje na te przeciwności?
„Nagi
wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech
będzie imię Pańskie błogosławione!'' (Hi 1,21). (...)
Hiob nie
zgrzeszył, wyznał swoją wiarę, a wypowiadając, tak okrutnie doświadczony,
owe słowa: ,,Żyje Ten, który mnie zbawi", dał żywe świadectwo,
jak najpiękniejszy diament.
Hiob,
pomimo iż obnażony i trądem okryty jak człowiek, który wykracza poza
noc zmysłów i wchodzi w noc ducha, zdołał dotrzeć do granicy niewidzialnego,
aby tam poprzez łzy kontemplować wschodzące zza horyzontu słońce.
A jednak
jakże to trudne!
Jakże
mamy odczuwać współczucie - powiada św. Jan od Krzyża - wobec tych,
co pozostają w ciemności, co oplatani mocą zmysłów i zmyleni dumą
rzucają się na ziemię wyjąc i złorzecząc; wobec tych, co chorzy na
racjonalizm przenoszą w domenę wiary kanony rozumu, co usiłują zburzyć
fortecę tajemnicy za pomocą scyzoryka racjonalizmu i spoglądać na
światłość niepoznania Boga krótkowzrocznymi oczami człowieka!
Na tym
właśnie polega cały dramat: zdaje nam się, że wiemy, a niczego nie
wiemy, zdaje nam się, że widzimy, a jesteśmy ślepi. Cóż my wiemy o
śmierci, o wieczności, o przyczynie rzeczy, o cierpieniu, o tym, co
było przed nami, i co będzie po nas?
Wydaje
nam się, że mamy plan, ale go nie mamy, wydaje nam się, że wiemy co
dla nas dobre, ale pracujemy, aby to dobre zniszczyć.
Często
jedyną naszą troską jest nieruchome tkwienie w czterech ścianach naszego
domu, nawet jeśli stał się on nudny i pozbawiony wszelkiego smaku.
Boimy
się przygody, nowości, tajemnicy. Gdyby to od nas zależało, prosilibyśmy
Boga, aby pozostawił nas na zawsze tutaj, podczas gdy nasze szczęście
jest przecież tam.
Prosilibyśmy
Go, aby nigdy nie było cierpienia, a przecież cierpienie jest naszym
autentycznym dobrem. Nie wiemy nic, lub prawie nic, o naszym wieczystym
przeznaczeniu, i jesteśmy jakże przyzwyczajeni i ogarnięci tym, co
uważamy za nasze dobro. Zachłanni i dobrze sytuowani sądzimy, że jedynym
złem tego świata jest głód, a przybici cierpieniem i trudnościami
myślimy, że jedyną sprawą wymagającą rozwiązania jest problem chleba
i higieny Trzeciego Świata. Z pewnością są to trudne sprawy, wymagające
rozwiązania. Ale nie zauważamy, że o wiele bardziej nieszczęśliwi
są bogaci, umierający z nudów i narkotyków w swych posiadłościach,
duszący się pod górą własnego bogactwa i własnego egoizmu. Brakuje
nam właściwej perspektywy, która nie wykrzywiałaby obrazu naszego
życia.
Bo my
w gruncie rzeczy wierzymy, że naszym domem jest ziemia i że śmierć,
która nas stąd zabiera, jest pomyłką. Rzeczywistość zaś jest dokładnie
odwrotna i nie ma sensu usiłować ją zmienić. Ziemia, czy nam się to
podoba, czy nie, nie jest ostateczna, i pewnego dnia odkryjemy, że
śmierć była naszą wielką i inteligentną przyjaciółką. Czyż nie tak?
Taka jest
rzeczywistość, taka jest tajemnica, jedyna i niezmierzona, w której
jesteśmy pogrążeni. I nie ma potrzeby szarpać się, uskarżać, marzyć
o zmianie: jest tak, jak jest.
Żyjemy
zdani na przypadek, na prowizoryczność, pogrążeni w ewolucji dziejów,
a znakiem tego jest towarzyszący nam bezustannie niepokój. Jesteśmy,
jak już mówiłem, w łonie, które nas urodzi, a nie jest to wygodna
pozycja pozwalająca zobaczyć twarz tego, do kogo to łono należy. Trzeba
zaufać, trzeba wierzyć, trzeba mieć nadzieję, trzeba przyjąć...
Chodzi
w gruncie rzeczy o cierpliwość, bo, jak mówi Pismo: ,, Cierpliwością
zdobędziecie wasze dusze".
Zresztą
- najwyższy czas to powiedzieć - gdyby ta ziemia była kresem stworzenia,
to doprawdy byłoby za co zganić Boga i jako stwórcy dać mu dyplom
niekompetencji.
Nie wiem
zbyt wiele, ale wystarczająco dużo, aby nie być zadowolonym z tego,
co mnie otacza i, co gorsza, z tego, co tkwi we mnie samym.
Nie, to
być nie może, byłby to wielki zamęt i skandal. Kto pojąłby śmierć,
gdyby ziemia była moim domem, a ja zostałbym nagle zabrany daleko
od niej? Kto nie złorzeczyłby widząc cierpienia niewinnych, represje
tyranów, klęski spowodowane przez wrogą naturę?
Niektórzy,
powodowani może chęcią uchronienia Boga przed odpowiedzialnością lub
ogarnięci nieuleczalnym optymizmem, powiadają: ,,Tak, to prawda, sprawy
nie mają się dobrze, ale dobra wola nas wszystkich może sprawić, że
pójdą lepiej; może nasi lekarze zwyciężą śmierć i z pewnością nie
będzie już głodujących, a za pomocą techniki zbudujemy lepszy świat,
w którym łatwiej będzie żyć."
Ale oto
w najlepszym momencie trzęsienie ziemi obraca w perzynę całe miasta,
a susza niszczy wysiłek milionów biedaków i bilans wielu rządów. Czyli
coś tu wyraźnie nie funkcjonuje jak należy i oto w naszych sercach
lęgnie się zwątpienie co do skuteczności działania i dobroci Boga.
Nie, bracia
moi, to Hiob ma rację: ,,Bóg dał, Bóg wziął, niech będzie błogosławione
Imię Boże". I rację ma prorokini Anna kiedy mówi: ,,To Pan daje
śmierć i życie, wtrąca do Szeolu i zeń wyprowadza. Pan uboży i wzbogaca,
poniża i wywyższa" (l Sm 2,6-7).
Bóg nie
jest taką bezpieczną osłoną, jak sądziliśmy w naszej wierze sprowadzonej
do wymiarów naszego domu, lecz jest Bogiem surowym, który, aby uleczyć
moją duszę, zdolny jest zmieść mnie na pył, zaś aby wyleczyć lud z
pogaństwa, zdolny jest skazać go na wygnanie, na głód, na ubóstwo.
Bóg daje
i Bóg odbiera, oto prawda trudna do przełknięcia dla tego, kto przyzwyczaił
się do Boga uzdrowiciela działającego jak piorunochron lub do małostkowego
kabotyństwa teologii dojrzewającej w sanktuarium doznanych łask, troszczącej
się jedynie o racjonalne wyjaśnienie tajemnicy i występującej zawsze
w obronie tego Boga, który wysyła cię do szpitala lub sprowadza bezrobocie.
Bóg nie
potrzebuje wcale obrony ze strony naszego teologicznego zadęcia! Zbyteczne
jest usiłowanie usprawiedliwiania Boga wobec tajemnicy rzeczy, które
nie dzieją się tak, jak byśmy tego chcieli. Przypisywanie wszystkich
win Adamowi to strata czasu. On i tak nas nie słucha. Czy nam się
to podoba czy nie, jest to częścią Boskiej tajemnicy; oto Bóg daje
i odbiera, i dopóki nie zaczniemy Jemu przypisywać - jak to czyni
Hiob i Biblia - zarówno dobra jak i zła, nie pogrążając się w przewrotnej
kazuistyce, aby uciec od tajemnicy, dopóty nie zdołamy wyznać najgłębszego
aktu naszej wiary. Dopóki będziemy skłonni zło i cierpienia, jakie
ono niesie, przypisywać tylko podłym ludziom, nauczymy się jedynie
nienawidzić i pragnąć ich zniszczenia, jak to czynił marksizm.
Marksizm
jest złem właśnie dlatego, że jest totalną negacją transcendencji
i w swojej konstrukcji świata wyklucza działanie innych czynników
poza ludzkim. Marksizm zdołał wtargnąć do krwi współczesnego chrześcijaństwa.
I to nie dlatego, że są chrześcijanie skuszeni organizowaniem partyzantki
i akceptacją przemocy, lecz dlatego, że za sprawą marksizmu wsączyła
się w nich swoim jadem bardziej wyrafinowana trucizna.
,,Nie
proście o chleb Boga, żądajcie chleba od rządzących, od ekspertów,
z magazynów. Cóż Bóg ma wspólnego z uprawą pól, z użyźnianiem ziemi,
z nawozami?"
Oni stali
się ,,sprytni", ,,nowocześni", wolni od sacrum, które przypisywało
jakąś moc wodzie święconej w dzień procesji czy modlitwie nierozumnej
kobiety.
Opuścili
świat tajemnicy i nie potrafią już odmawiać żarliwego Ojcze nasz,
bo już nie wierzą, że Bóg chciałby się mieszać w ludzkie błahostki
takie, jak na przykład zbiór zboża.
Oni zastąpili
Ojcze nasz słowami bardziej zdroworozsądkowymi, zaś ekspertom przypisali
władzę o wiele większą niż mają w rzeczywistości.
Dajcie
nam WY chleba naszego powszedniego. Tylko, że nie zawsze im się to
udaje i wtedy gmatwają się jeszcze bardziej.